Blog Zuzanny Andruczyk

MOJA RELACJA Z MONT BLANC – CZ. 3

Dzień 6 – 19.08.2016 – ATAK SZCZYTOWY!
Obudziwszy się o godzinie 3 nad ranem, wszyscy w Vallocie (4300 mnpm) jeszcze spali. Za ścianami tego metalowego szcześcianu wyraźnie szalała wichura, więc zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle opuścimy schron. Poprzedniego wieczoru Łukasz dał nam do zrozumienia, że poranek po nocy na takiej wysokości może być zwyczajnie ciężki – powinniśmy spodziewać się bólów głowy w stylu „ścisku jak w imadle”, brzucha i ogólnego osłabienia organizmu. Oczekując najgorszego, niemałe było moje zdziwienie kiedy okazało się, że nie boli mnie zupełnie nic, a jedyną przeszkodą w drodze na szczyt był ciężki oddech. Nie każdy miał jednak tyle szczęścia co ja o czym świadczyły pobudkowe narzekania moich Vallotowych towarzyszy. Niektórzy musieli mierzyć się nie tylko z przeróżnymi bólami, ale i z gorączką, która nie odpuszczała aż od wczorajszej zamieci.
Wszyscy zaczęliśmy się zbierać o godzinie czwartej nad ranem. Szybkie liofilizatowe śniadanie, ubranie się w jak najcieplejsze rzeczy i zabranie ze sobą tylko i wyłącznie jedzenia, picia oraz aparatów fotograficznych nie potrwały dłużej niż godzina. Około piątej byliśmy już w drodze po swoje długo wyczekiwane marzenie, którego wierzchołek znajdował się nieopodal czubków naszych głów. Noc była przepiękna. Niebo ozdabiały całe firmamenty gwiazd, a wiatr rześko smagał nas po twarzach. Mimo fantastycznej aury, która zdecydowanie sprzyjała wędrówce, z każdym krokiem miałam wrażenie, że nigdy nie dotrę na szczyt Mont Blanc.
Cóż, podejście na Dach Europy okazało się nie tylko i wyłącznie wiecznym darciem do góry od Vallota po sam szczyt. Najpierw musieliśmy pokonać dość strome podejście, po czym czekała nas chwila odpoczynku na płaskiej nawierzchni. Jako, że znajdowaliśmy się na wysokości, której zawartość tlenu była prawie że dwa razy niższa niż w dolinie, mój organizm dużo dłużej się rozgrzewał i znacznie szybciej się męczył. Pierwsze podejście dało mi zdecydowanie w kość i pozbawiło kompletnie chęci do dalszej drogi. Mimo to ani razu nie pomyślałam o kapitulacji. Widząc przed sobą cel, na który pracowałam tak długo, ani mi się śniło, żeby poddać się i zawrócić. Łukasz przemówił mi do rozsądku, apelując bym rzetelnie pięła się do góry, nie tracąc przy tym niezbędnej wówczas koncentracji. Wzięłam sobie jego rady do serca i mimo ogromnego zmęczenia, krok po kroku konsekwentnie zbliżałam się do swojego celu.
Tak jak wyżej wspomniałam, szlak na szczyt Mont Blanc to nie prosty spacer pod górę. Po płaskiej nawierzchni znów musieliśmy pokonać dość solidne podejście, by znaleźć się obok kolejnej przeszkody – szczeliny. Wspinacze normalnego wzrostu nie mieli żadnego problemu z jej pokonaniem, jednak ja – skromnej postury „mikrusik” – musiałam się troszkę nagimnastykować. Chwała Bogu, że miałam w ekipie cierpliwych kompanów, którzy pomogli mi podczas tego odcinka i szybko ruszyliśmy dalej. Powyżej szczeliny szlak prowadził nas wąską granią, gdzie jeden nieodpowiedni ruch mógłby spowodować odpadnięcie w przepaścistą otchłań. Wszyscy uważaliśmy na siebie, i pięliśmy się coraz wyżej. Gdy byłam już niemalże pewna, że zbliżamy się do szczytu, okazało się, że to tylko jeden z wierzchołków, a przed nami jeszcze kawałek drogi.. Radość szybko przemieniła się we frustrację, ale bliskość swojego długo wyczekiwanego celu była już na tyle odczuwalna, że miałam ochotę zacząć biec. Całej wędrówce towarzyszył niesamowity wschód słońca, więc tym bardziej nie mogłam się doczekać zapierających dech w piersiach widoków ze szczytu. Idąc dalej granią ku kolejnemu wierzchołkowi, nie miałam już pojęcia czy to już Dach Europy, czy kolejna podpucha. Łukasz nagle wyciągnął kamerę, a wracający na dół Włosi byli dziwnie uradowani, więc chyba byliśmy już tam, gdzie trzeba?
Nagle moim oczom ukazała się tylko i wyłącznie długa i szeroka przestrzeń, żadnego kolejnego podejścia. Wszystkie szczyty obok nas znajdowały się niżej, a do mnie powoli docierało, cóż najlepszego właśnie zrobiłam. Właśnie stanęłam na Dachu Europy, o czym marzyłam i na co pracowałam przez ostatni rok. Było to tak niewyobrażalne uczucie, że aż sama nie wiedziałam co powinnam w tamtej chwili zrobić. Śmiać się czy płakać ze szczęścia? Nie wierząc w to co się dzieje, zaczęłam śmiać się i płakać jednocześnie czując się przy tym jak Władca Świata. Bo dokładnie tak czuje się człowiek, który spełnił swoje długo wyczekiwane marzenie.

Wspinacz, który po niemałym wysiłku osiągnął szczyt owładnięty jest euforią, która często zaburza poczucie racjonalnego myślenia przy zejściu z góry. Właśnie dlatego podczas powrotu na dół zdarza się 75% wyprawowych wypadków – ludzie sądzą, że skoro „wleźli na górę” to nie trzeba już na siebie uważać i najlepiej szybko zejść.

Podczas schodzenia z Mont Blanc musieliśmy jeszcze bardziej uważać, gdyż całe tabuny ludzi z całego świata tłumnie zmierzały ku szczytowi. Podczas mijania się na grani nie można zapomnieć o szczególnej ostrożności, mając po obu stronach szlaku strome ściany nad przepaścią.
Mimo tłumu, schodzenie szło nam sprawnie i w Vallocie byliśmy już koło godziny ósmej rano. W schronie poinformowałam rodziców o porannym sukcesie, po czym szybko spakowałam do plecaka cały zostawiony tam ekwipunek. Pogoda wyraźnie nam dopisywała, więc doszliśmy do wniosku, że tego dnia złożymy już cały nasz obóz w Tete Rousse (3167mnpm) i na noc zejdziemy do baraku Rognes położonym na 2800 mnpm. Tak też postanowiliśmy zrobić i po wyjściu z Vallota sprawnie kierowaliśmy się w stronę ściany Gouter. Wszystko byłoby wręcz idealnie, ale podczas schodzenia okazało się, że moje buty.. są po prostu za małe. Spuchnięta stopa, grube skarpety i buciory za duże tylko o jeden rozmiar sprawił mi dość utrudniające schodzenie krwiaki na palcach u stóp. Wcześniej wszystko było okej, bo po prostu było na tyle zimno, że w żaden sposób nie odczułam problemu. Reasumując, schodzenie okazało się – jak możecie sobie tylko wyobrazić – najgorszym wysiłkiem na świecie, gdyż każdy najmniejszy krok w dół (szczególnie stromą ścianą Gouter) bolał jakby ktoś mi te krwiaki smalił nad ogniskiem. Dostałam nauczkę życia.
O godzinie 13 byliśmy już z powrotem w Tete Rousse, gdzie spakowaliśmy nasze namioty i cały sprzęt do plecaków. Po południu wyruszyliśmy w dół w stronę Rognesa, w którym spędziliśmy cudowną noc na pryczach (!). Po całym tygodniu spania w namiocie na kamieniach ów barak wydawał się istnym górskim Mariottem.

Dzień 7 – 20.08.2016 – zejście do Les Houches
O świcie zaczęliśmy schodzić do dolinki. Szło nam na tyle sprawnie, że w Les Houches zameldowaliśmy się około godziny ósmej rano. Spakowaliśmy się z plecakami do samochodu i ruszyliśmy w stronę Chamonix. Tam znaleźliśmy pełen luksusów (prysznic, jadalnia) camping, w którym szybko się zadomowiliśmy. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wspaniale było się wykąpać po tak długim czasie! Wieczorem, jak na pewno się domyślacie, świętowaliśmy nasz wspólny sukces na całego delektując się najpyszniejszym francuskim winem

This slideshow requires JavaScript.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*