Blog Zuzanny Andruczyk

MOJA RELACJA Z MONT BLANC – CZ. 2

Dzień 4 – 17.08.2016 – aklimatyzacja w Tete Rousse.
Po całym dniu dość wyczerpującej czternastokilometrowej wędrówki z plecakiem z Les Houches (1035 mnpm) do Tete Rousse (3167 mnpm) każdy z nas potrzebował odpocząć i przyzwyczaić organizm do nowej wysokości. W związku z tym dnia czwartego mogliśmy relaksować się we własnym zakresie, przećwiczyć techniki linowe i sprawdzić czy na pewno wszystko gra przed wspinaczką ścianą Gouter i dalszą drogą ku szczytowi. Mimo, że przez temperaturę na zewnątrz byłam zmuszona spać w kurtce, kominiarce, a nierówna kamienista powierzchnia cały czas dawała plecom o sobie znać, nie mogłabym wyobrazić sobie ciekawszego noclegu z bardziej niesamowitym „widokiem z okna”. Wychodząc ze swojego namiotu, od razu miałam przed sobą zapierającą dech w piersiach panoramę i ściany Gouter, i samego masywu Mont Blanc, która dawała cały ogrom pozytywnej energii do działania. Po pobudce na wysokości 3167 mnpm dało się odczuć znaczną różnicę w oddychaniu. Oddech był cięższy, serducho biło szybciej, ja osobiście czułam się ospale I troszkę bez życia. Kompletnie nie chciało mi się jeść, więc na siłę wmuszałam w siebie batoniki energetyczne i liofilizaty. O dziwo proszek, który pod wpływem wrzącej wody zmieniał się w ziemniaki z kawałkami kurczaka smakował całkiem nieźle i przy tym dawał człowiekowi porządną dawkę wartości odżywczych potrzebnych do przetrwania powyżej 3 tysięcy metrów nad poziomem morza. Nie korzystaliśmy z udogodnień schronisk, więc nikt nawet nie marzył o porządnym posiłku pod Mont Blanc, ale ja “w czepku urodzona” miałam w swym towarzystwie prawdziwego herosa. Owa istota prawdopodobnie nie z tej ziemi, Adrian Chyliński – na codzień kucharz pracujący w warszawskiej restauracji, wniósł na swoich plecach dosłownie wszystkie składniki potrzebne do ugotowania spaghetti. Szybko przyzwyczaiłam się do sproszkowanych kości wielbłąda, które cudownie przemieniają się w ziemniaki, więc najnormalniejszy ma świecie makaron z sosem był w tamtej chwili istną ambrozją dla podniebienia. Ów obiad okazał się też środkiem usypiającym, bo jedzenie go na tej wysokości kazało mi szybko udać się na drzemkę. Po małej kimce w swoim niebieskim kamienistym królestwie spotkaliśmy się wszyscy w “obozowisku” by ustalić godzinę wymarszu. Uzgodniliśmy wspólnie, że następnego dnia wstajemy o 3 nad ranem, a o 4 wyruszamy już w stronę ściany Gouter. Podekscytowanie związane ze zdobywaniem szczytu rosło z minuty na minutę. Dzień zakończył się niesamowitym zachodem słońca, które w każdych górach jest przepięknym zjawiskiem szczególnie dla tak sentymentalnych I wrażliwych na estetykę wędrowców jak ja. Ogromna ciekawość i mały stres przed wyzwaniami czyhającymi na nas następnego dnia nie pozwalał mi przez jakiś czas zasnąć, ale koniec końców odpłynęłam.

Dzień 5 – 18.08.2016 – wspinaczka ścianą Goutera i ekscytująca wędrówka do Vallota.
Budzik zadzwonił o godzinie trzeciej, wyrywając mnie z blisko czterogodzinnego snu. Nie chciało mi się wstawać, jeść ani pić, ale myśli o szczycie, który znajdował się już tak blisko same w sobie były dla mnie ogromną motywacją by szybko się ogarnąć I zabrać za pakowanie. Musieliśmy wziąć raki, czekan, śpiwór, karimatę, ciepłe ubranie na zmianę oraz jak najwięcej picia I jedzenia, by przetrwać powyżej czterech tysięcy metrów. Szybko wskoczyłam w swoje wysokogórskie odzienie, sprawdziłam czy mam okulary lodowcowe, czołówkę i inne niezwykle ważne popierdółki potrzebne do zdobywania Dachu Europy (o nich będzie oddzielny post 🙂). Ubrałam uprząż, na głowę włożyłam kask, szybko zjadłam ze dwa batoniki energetyczne i byłam gotowa do drogi ku ścianie Gouter. Przed czwartą rano związaliśmy się liną, sprawdziliśmy czy na pewno wszystko mamy, po czym poszliśmy na szlak. Tego dnia mieliśmy do pokonania prawie siedemset metrów przewyższenia na samej ścianie Gouter (3167mnpm->3800mnpm), a potem jeszcze drugie tyle do Vallota mieszczącego się na 4300 mnpm. Na początku szlak nie obfitował w żadne rewelacje, cały czas poruszaliśmy się do góry rzadko używając przy tym rąk. Gdy doszliśmy do miejsca owianego przeróżnymi niesamowitymi historiami, bajkami i legendami na temat zagrożeń, jakie tam występują, trzeba było wytężyć wszelkie zmysły oraz przede wszystkim nie panikować. Mowa tu rzecz jasna o słynnym alpejskim Kuluarze Śmierci – trzydziestometrowym odcinku, przez który przewijają się kamyczki, kamule bądź po prostu głazy. Przed wyjazdem przeczytałam, że spadają tam kamienie wielkości telewizorów, pralek oraz lodówek, ale śmiem twierdzić iż jest to mocno podkoloryzowane i wyolbrzymione. Żadnego sprzętu AGD RTV tam nie spotkaliśmy, ale rzeczywiście – owe kamienie naprawdę w tym miejscu spadają i jeśli ktoś lekceważy ten fakt, to może ponieść nawet najgorsze konsekwencje. My mieliśmy to szczęście, że bezpiecznie i sprawnie przebrnęliśmy przez kuluar, po czym mogliśmy kontynuować dalszą wspinaczkę. Mimo, że z każdym metrem oddychało mi się coraz ciężej, a stan napięcia przedmiesiączkowego też nie ułatwiał sprawy, cały czas parłam do góry nie mogąc się doczekać ataku szczytowego. Całą przebieżkę ścianą Gouter porównałabym do szlaku na polski Kościelec, w kilku momentach wygląda to też jak droga na Kozi Wierch od strony Koziej Przełęczy (fragment Orlej Perci). Wspinając się Normalną Drogą, cały czas znajdowaliśmy się nad przepaścią. W wielu momentach wspinaczki trzeba było pomóc sobie rękami, by wdrapać się na kolejne elementy szlaku. Musieliśmy również uważać na schodzących ludzi, których tamtego dnia były całe obozy. Po trzech godzinach wspinaczki ścianą Gouter osiągnęliśmy wysokość 3800 mnpm, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę odpoczynku. Szczęśliwa przekąsiłam batonika, wzięłam łyk swojej ambrozji w postaci izotonika, po czym wszyscy nałożyliśmy raki i przygotowaliśmy czekany do dalszej wędrówki. Byłam przekonana, że najgorsze mam już za sobą a teraz będzie już tylko sielankowa, milutka przebieżka do Vallota (bo przecież ile to z 3800 do 4300, na pewno żadne “ciężkie pagórki” i pójdzie sprawnie!). Nic bardziej mylnego, gdyż pogoda postanowiła nam spłatać figla. Zaczęło okrutnie wiać i padać, nie było praktycznie nic widać, a już na pewno nie naszego wyśnionego Vallota. Cały czas darliśmy do góry, wcale nie zniechęceni pogodą, lecz jeszcze bardziej zmotywowani do dalszej walki z trudnymi warunkami. Ja osobiście miałam małe kryzysy, ale poczucie spełniania swojego marzenia szybko sobie z nimi radziło i nakręcało mnie do wędrówki. Po dwóch godzinach nieustannego wchodzenia pod górę po śnieżno-lodowej pustyni zdobyliśmy nasz pierwszy czterotysięcznik, Dôme du Goûter. Warunki pogodowe nie poprawiły się wcale, nie było widać nic, zrobiło się także potwornie zimno. Mi zaczęły odmarzać palce u rąk, więc włożyłam dłonie pod pachy kolegi z ekipy. Jednemu z członków zespołu odmarzały stopy, toteż jedynym sposobem na wyjście z opresji było jak najszybsze znalezienie się w schronie ratunkowym – Vallocie. Niestety nie było widać żadnego szlaku, żadnego najmniejszego śladu ludzkiej istoty. Nie mogliśmy iść na przestrzał, gdyż na Mont Blanc znajdują się niebezpieczne szczeliny, do których można wpaść i nigdy już się z nich nie wydostać. Postanowiliśmy przeczekać chwilę, więc przykryliśmy się plecakami by w jakikolwiek sposób się ogrzać. Lider naszej wyprawy poszedł poszukać odpowiedniej drogi do celu i szczęśliwie znalazł pomocne nam ślady. Pogoda w żaden sposób się nie poprawiła, ale idąc wyznaczoną przez naszego czołowego alpinistę drogą w dół wróciliśmy na odpowiedni tor. Po drodze spotkaliśmy Francuzów, który obwieścili nam cudowną nowinę, że Vallot jest cały zatłoczony i jeśli chcemy się w nim znaleźć to musimy pokonać jeszcze 300 metrów przewyższenia. Wszyscy byliśmy już zmęczeni I chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do ciepłego miejsca, więc szybko pięliśmy się do góry, by w końcu znaleźć się w długo wyczekiwanym schronie ratunkowym.
Gdy weszłam do Vallota, pierwsze co poczułam to… smród. Odór śmieci znajdujących się na podłodze, ludzkich szczyn, przepoconych ubrań. Jako, że nie można tam otworzyć okna, odczuwalne było również stężenie dwutlenku węgla w powietrzu, gdyż w środku znajdowały się kuchenki gazowe potrzebne do rozmrażania śniegu na wodę. Oprócz nas, przebywała tam czternastoosobowa ekipa z Polski (!), z którymi szybko złapaliśmy kontakt. Rodacy powitali nas ciepłą herbatą, po czym wspólnie zastanowiliśmy się jak tu się teraz pomieścić. Dwóch życzliwych Polaków zrobiło mi miejsce na twardym wzniesieniu, na którym można było rozłożyć karimatę i śpiwór. Moi chłopcy niestety byli zmuszeni “rozbić się” na podłodze obok śmieci, gdzie spędzili również noc. Cały czas musieliśmy jeść i pić, by mieć siły na poranny atak szczytowy. Niestety idea nawadniania organizmu łączy się z tym, że co jakiś czas trzeba się też wypróżnić. Na 4300 mnpm wygląda to tak, że musisz wyjść z ciepłego śpiworka, nałożyć często przemoczone, zimne buty i ruszyć na podbój tojtoja. U nas było to wyjście w panującą akurat zamieć śnieżną do toalety znajdującej się za lodowymi śliskimi skałami, które także trzeba było pokonać. Niektórzy śmiałkowie brali ze sobą czekany, by ułatwić sobie zadanie. Reasumując, podróż ze śpiwora w Vallocie do toalety przy schronie było wtedy istną wyprawą, a sama toaleta to typowy tojtoj, więc nikt nie powinien się nastawiać na jakkolwiek wyposażoną łazienkę pachnącą fiołkami 😉 Pomijając kwestię toalety i ogólnych warunków w Vallocie, wszyscy byliśmy niesamowicie zmęczeni, ale również szczęśliwi, że udało nam się dotrzeć tak wysoko. Ja nie mogłam uwierzyć w to, że w ogóle tam jestem, tak blisko swojego marzenia. Wszyscy motywowaliśmy się i cieszyliśmy, że to JUŻ się dzieje i jutro – jak wszystko pójdzie zgodnie z planem – staniemy na jednym z Dachów Europy. Z poczuciem ogromnej satysfakcji poszłam spać, w duchu wierząc, że poradzę sobie w tak długo wyczekiwanym przeze mnie dniu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*