Blog Zuzanny Andruczyk

MOJA RELACJA Z MONT BLANC – CZ. 1

Dzień 1 – 14.08.2016 – dzień wyjazdu z Suwałk do Les Houches.
Tego dnia od rana do południa panował totalny chaos. Przepakowywanie 89 razy, bo nie wiadomo czy wszystko wzięłam. Mamo, gdzie są sztućce? A menażka? Aaaaa, nie zdążę.. Wszyscy przyjeżdżają się pożegnać, trzymają kciuki, a ja sama nie wierzę w to, co się dzieje. Tyle pracy na treningach, cała masa wyrzeczeń, a co jak mimo wszystko nie dam rady? Ten plecak waży tonę, a ja wyglądam pod nim jak muł prosto z Nepalu. Cóż, raz kozie śmierć!
O 15 ze łzami w oczach pojechałam do Warszawy na Dworzec Zachodni, gdzie miałam oczekiwać samochodu już do Francji, do miejscowości pod Mont Blanc – Les Houches. Podróż BlaBlaCarem przebiegła w najmilszej atmosferze. Po krótkiej rozmowie wszyscy już wiedzieli, gdzie jadę i również starali się pokrzepić mnie słowami wsparcia. O 18, lekko zestresowana, byłam już na Zachodnim. Łamiąc swój kręgosłup pod plecakiem wielkości pomnika próbowałam znaleźć jakiekolwiek wolne miejsce do siedzenia. Po chwili zaciętych poszukiwań znalazłam swoją oazę w postaci metalowego krzesła. Nie minęło może dziesięć minut, jak moim oczom ukazała się bardzo podobna do mnie istota również z pomnikiem na plecach, szukająca swojej dworcowej utopii. Tak jak myślałam, był to mój przyszły wyprawowy kompan, jak się potem okazało Adrian Chyliński. Zapoznaliśmy się, podzieliliśmy się wrażeniami z poprzednich górskich eskapad z nadzieją rozmyślając o czekającym nas alpejskim wysiłku. Dzięki rozmowie o wspólnej pasji, czas minął nam niespodziewanie szybko. Nasz wyprawowy lider – Łukasz Mosak znalazł nas siedzących na dworcu i zgarnął do swojego busa, gdzie mieliśmy spędzić kolejne 20 godzin w towarzystwie kompletnie nie znanych nam osób. Po kilku minutach na miejsce zbiórki przyszedł nasz kolejny kompan Bartek i ruszyliśmy w długo oczekiwaną przez każdego podróż. Szybko się okazało, że dzięki wspólnym zainteresowaniom mamy masę tematów do rozmowy, toteż jechało nam się w bardzo wesołej atmosferze. Około 24 w Częstochowie zgarnęliśmy naszego kolejnego nowego kolegę, Piotrka. Bardzo chciało mi się spać, więc szybko zasnęłam.

Dzień 2 – 15.08.2016 – przyjazd do Les Houches.
Wreszcie na miejscu! Nie czuję pleców przez ten przebrzydły samochód. Wszyscy jesteśmy totalnie zmęczeni, toteż szybko rozstawiliśmy swoje namioty na campingu i przez dobrą chwilę zachwycaliśmy się przepiękną alpejską panoramą. Nie chciało nam się nic, ale Łukasz wyciągnął wszystkich na spacer po Les Houches. Podczas spaceru natknęliśmy się na tabliczkę, na której widniał dystans i przewyższenie, jakie mamy pokonać następnego dnia. Z Les Houches znajdującego się na 1009 mnpm mieliśmy pokonać czternastokilometrowy dystans do Tete Rousse, które wspaniałomyślnie leży na 3167 mnpm. „Co to jest – pomyślałam – tylko 2158 metrów górę przez nieco ponad 10 km, każdy głupi dałby radę!” Owszem, głupi, bo w tamtym momencie nawet do głowy by mi nie przyszło, jak katorżniczy wysiłek czeka mnie już następnego dnia. Moja podświadomość chyba jednak się domyślała co nas czeka, bo kazała mi natychmiast stamtąd uciekać. Po krótkim spacerze wróciliśmy na camping, i każdy zajął się sobą. Korzystając z wolnej chwili poszłam pod ostatni na najbliższy tydzień prysznic i szybko położyłam się do mojej niebieskiej willi, namiotu Quechua, którego nawet sztorm nie zmiótłby z powierzchni ziemi. Kraina snu szybko przyjęła mnie do siebie, ale równie prędko mnie stamtąd wyganiała przez padający w nocy deszcz.

Dzień 3 – 16.08.2016 – przebieżka do zimowego obozu w  Tete Rousse na 3167 mnpm.
Budzik zadzwonił o 4 z rana – najlepsza pora na pobudkę po wycieńczającej podróży samochodem przez pół Europy poprzedniego dnia. Cała ekipa szybko złożyła namioty, po czym sprawnie spakowała resztę niezbędnego w dalszych dniach ekwipunku. Około piątej nad ranem ruszyliśmy na podbój swojego marzenia widniejącego gdzieś daleko pod chmurami. Na początku droga była porównywalna do przyjemnego spaceru na niegroźny pagórek typu Gęsia Szyja latem, ale z każdym krokiem marzyłam o jak najszybszym dotarciu do obozu w Tete. Przez pierwsze osiemset metrów szlak prowadził nas przez leśny teren, cały czas pnąc się w górę rozmaitymi zakosami czy trawersami. Szliśmy dość sprawnie, więc po niemalże dwóch godzinach osiągnęliśmy stację kolejki Bellevue położoną na 1784 mnpm. Tam dopadł mnie okrutny kryzys, więc każdy łyk wody był dla mnie cudowną ambrozją przed kolejnymi kilometrami drogi w górę. Po chwili sielanki ruszyliśmy dalej ścieżką obok torowiska, która okazała się najgorszym terenem dla naszych nóg. Męska część ekipy (czyli wszyscy oprócz mnie) niczym torpeda sunęli przed siebie, jakby masa noszona przez nich na plecach nie robiła na nikim wrażenia. Mój plecak praktycznie mnie zgniatał, ale dopóki nie wyszło gorące alpejskie słońce, nie czułam się najgorzej. Mimo, że do kolegów miałam jakieś pół godziny straty, lider wyprawy Łukasz cały czas dotrzymywał mi kroku i wspierał mentalnie podczas trudów wędrówki. Gdy wreszcie osiągnęliśmy stację Nid d’Aigle, gdzie z chlebem i solą powitały nas beztroskie koziczki, wreszcie mogłam chwilę odpocząć. Niestety, po chwili przyjechała kolejka z tysiącem przeróżnej maści turystów, przez co zrobił się najgłośniejszy na świecie wysokogórski bazar. Chęć odpoczynku opuściła mnie całkowicie i ruszyłam za swą męską ekipą w dalszą drogę. Mimo zapału i wewnętrznej determinacji upał niemiłosiernie dawał się we znaki, a pierwsze podejście po kamieniach przypominało letnią przebieżkę na polską Świnicę. Morale spadły do minus osiemset, ale nie było mowy o poddaniu się. Łukasz przez dobrą chwilę musiał mierzyć się z moim marudzeniem, jednak mimo trudów wspinaczki po godzinie wchodzenia pod górę udało nam się osiągnąć barak Rognes położony na 2800 mnpm. Tam odpoczęliśmy chwilę, po czym poszliśmy dalej w stronę Tete Rousse. Kiedy miałam już po prostu dość całej drogi z trzydziestokilogramowym plecakiem w afrykańskim upale okazało się, że czeka mnie jeszcze podejście jak na polski Kościelec – dość strome i przepaściste. Pogoda również wolała spłatać nam figla, gdyż niemiłosierny upał szybko zamienił się w gradobicie. Szybko znaleziona kurtka zimowa szczęśliwie uratowała mi życie i po mniej więcej dziesięciu godzinach tyrady z ciężkim plecakiem na swych barkach – osiągnęłam iście zimowe Tete Rousse na 3167 mnpm. Jako, że zapowiadało się na poważną burzę śnieżną, szybko rozbiliśmy namioty i jeszcze szybciej się do nich schowaliśmy.

This slideshow requires JavaScript.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*