Blog Zuzanny Andruczyk

ORLA PERĆ: Zawrat – Kozia Przełęcz

Dzisiaj chciałabym zabrać Was do miejsca, które pragnęłam odwiedzić przez bardzo długi czas. Wiele godzin spędziłam przed komputerem zagłębiając się w opisach swojego marzenia i wszystkiego, co z nim związane. Dużo było straszenia i odradzania. Dużo narzekania, a także strachu przed podjętym wyzwaniem. Nie ma w tym wszystkim nic dziwnego, gdyż mowa tu rzecz jasna o Orlej Perci – zdecydowanie najtrudniejszym, znajdującym się na przepaścistej grani szlaku w polskich Tatrach – trasie tylko dla tych bardziej doświadczonych wędrowców.

Podczas mojej jesiennej wyprawy w góry, Orla była najważniejszym i najbardziej emocjonującym punktem do zdobycia. O refleksjach z nią związanych opowiedziałam tutaj: https://www.facebook.com/znaszlaku/photos/a.1500874406873617.1073741829.1491735374454187/1501600403467684/?type=3&theater. Toteż zapraszam do zapoznania się z tym postem przed dalszą lekturą 😀

Postanowiłam podzielić moją jesienną wędrówkę po Orlej na dwie części: Zawrat – Kozia Przełęcz oraz Kozia Przełęcz – Kozi Wierch. Wówczas może nie zanudzę Was na śmierć 😉 i znajdzie się jakiś niestrudzony męczennik, który da radę dobrnąć do końca.

Zanim wlazłam na szlak Orlej, najpierw weszłam na Zawrat od strony Hali Gąsienicowej. Opis macie tutaj:https://www.facebook.com/znaszlaku/posts/1512608862366838. Nie był to sielankowy spacer w świetle słoneczka, bardziej nazwałabym tę przebieżkę na przełęcz górskim Silent Hill. Wszędzie mgła, okropny wiatr i żadnych oznak, by pogoda miała się zaraz poprawić. Droga na Zawrat od strony Murowańca nazywana jest początkiem Orlej Perci, więc psychicznie wiedziałam już na co mam się nastawiać i nie mogłam się doczekać, by wreszcie postawić nogę na tymże szlaku.

Widoki z Zawratu przypominały mleko, pogoda miała dość mroźny charakter i w sumie odechciewało się życia, co dopiero chodzenia po grani. Na szczęście (a często wręcz przeciwnie) góry szybko zmieniają zdanie, i na niebie zaczęło pokazywać się słońce. Można było wreszcie rozpocząć zdobywanie Orlej, a sam fakt nadchodzącej wędrówki wręcz dodał mi skrzydeł.
Miałam ze sobą całą trójkę doświadczonych i przygotowanych do drogi (kask, uprząż) kompanów, którzy nie tylko wprowadzali pozytywną atmosferę, ale również służyli pomocą w każdej sytuacji. To jeszcze bardziej zwiększyło morale, a także poczucie bezpieczeństwa.

Po krótkim odpoczynku na Zawracie, ruszyliśmy wreszcie na szlak Orlej Perci. Odcinek Zawrat – Kozi Wierch jest jednokierunkowy, więc podczas wędrowania nie było mowy o odwrocie (w sumie po Honoratce byłoby to dość ciężkim zadaniem).

Na początku droga okazała się prostym podejściem po grani. Szlak prowadził trawersem przez głazowisko, po czym za pomocą łańcuchów wspięliśmy się na szczyt Małego Koziego Wierchu. Podobno w tym miejscu widoki zapierają dech w piersiach, nam niestety nie było to dane.

No i zaczęła się prawdziwa Orla Perć z krwi i kości. Ta niebezpieczna, dla tych odważniejszych i bardziej doświadczonych. Po zdobyciu Małego Koziego, pokonaliśmy krótki fragment grani i zaczęło się strome oraz wąskie zejście po łańcuchach do Zmarzłej Przełączki Wyżniej. Lufka obok mocno raziła w oczy, ale nie wystraszyła nikogo. Wręcz przeciwnie, dodała tylko energii na kolejne wyzwania i chwała jej za to, gdyż za chwilę czekała na nas niesamowicie emocjonująca wędrówka skrajem Żydowskiego Żlebu, zwanego także Honoratką. Ów fragment był mocno śliski i jeszcze bardziej przepaścisty.

Po szczęśliwym opuszczeniu Honoratki, szlak poprowadził nas w prawą stronę. Naszym oczom ukazał się wąski trawers prowadzący do ukośnych płyt Zmarzłych Czubów (tutaj prawie wywinęłam orła, więc warto uważać podczas schodzenia) Później zeszliśmy do Zmarzłej Przełęczy pomagając sobie łańcuchami i klamrami. Szlak poprowadził nas do niezwykłej urody oraz wielkości głazu o nazwie Skalny Chłopek. Legenda głosi, że jeśli uda się go zepchnąć, to nastąpi koniec świata. Na szczęście nie było takiej mocy, by w ogóle drgnął, więc jesteśmy na razie cudownie uratowani 😉

Po krótkim odpoczynku przy Chłopku ruszyliśmy w dół jednym z tarasów Zamarłej Turni, po czym znów zaczęliśmy kamieniste podejście do góry. Po chwili sielankowego spacerku, pojawiła się kolejna przeszkoda w postaci stromej ściany zabezpieczonej drabinką z klamer. Podczas wspinaczki mieliśmy do dyspozycji również łańcuch, który okazał się bardzo pomocny. Była to jednak tylko cisza przed burzą, gdyż po chwili mieliśmy zmierzyć się z prawdziwą legendą.

A tym żarzącym się ogniem, z którym przyszło nam wtedy igrać było nie co inne, a drabinka nad Kozią Przełęczą. Szczerze powiem, że jest to nieco przereklamowane stwierdzenie, bo nie jest to żadne straszydło, a najzwyklejsza na świecie drabina, po której należy tylko i wyłącznie zejść. Jedynym jej utrudnieniem jest potężna przepaść pod nogami, ale myślę, że osoby z lękiem wysokości nie powinny w ogóle znajdować się na szlaku Orlej Perci. Wiadomo jednak, że nawet ci „najmocniejsi” miewają chwilę słabości i nie ma w tym nic wstydliwego. W tym wypadku warto schodzić z uprzężą – daje to ogromne poczucie bezpieczeństwa. Reasumując, pokonywanie tej przeszkody dało nam solidną dawkę emocji i adrenaliny, ale udało nam się dość sprawnie z nią uporać.

Za drabinką zeszliśmy w dół po łańcuchach i osiągnęliśmy Kozią Przełęcz. Mega szczęśliwi i zafascynowani podjętym wyzwaniem zaczęliśmy wspinaczkę na Kozi Wierch.

O tej przygodzie opowiem Wam w kolejnym poście, a także podsumuję całe wędrowanie po Orlej na odcinku Zawrat – Kozi Wierch, opiszę jakie trudności napotykamy na całej długości tego fragmentu i dam Wam znać „z czym ten szlak zjeść”, na co się nastawiać i jak się przygotować.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*