Blog Zuzanny Andruczyk

ORLA PERĆ: Kozia Przełęcz – Kozi Wierch

Przyszedł czas na drugą część opisu mojego jesiennego zdobywania Orlej Perci – dzisiaj opowiem Wam o fragmencie Kozia Przełęcz – Kozi Wierch. Oprócz zapoznania Was z tym odcinkiem, podsumuję całą trasę od Zawratu po Kozi, powiem z czym tę niesamowitą Orlą „zjeść” i jakich trudności się na niej spodziewać 😀

Jak już doczołgaliśmy się do Koziej Przełęczy po pokonaniu kominków, wąskich przepaścistych dróżek, okropnie morderczych drabinek 😉, wszyscy byliśmy naładowani tak pozytywną energią, że dalsze wejście na Kozi Wierch stało się tylko formalnością (był pomysł, żeby w Koziej Przełęczy skręcić do Murowańca). Adrenalina mocno dała się we znaki, więc wszyscy zapomnieliśmy o zmęczeniu i postanowiliśmy ruszyć dalej w kierunku Koziego Wierchu.

Żegnając się z Kozią Przełęczą, zeszliśmy żlebem do Dolinki Pustej. Jest to wymagający fragment, bo czasem brakuje miejsca (a może pomysłu?), żeby postawić nogę. Ja tutaj troszkę spanikowałam, bo przez wzrost zgredka nie mogłam dosięgnąć półki skalnej w dość stromym kominku, by dalej kontynuować wspinaczkę. Trochę pomarudziłam, postękałam, ale dzięki chłopakom jakoś dałam radę wleźć wyżej i mogłam spokojnie ruszać dalej 😀 Do pomocy mieliśmy też łańcuchy i klamry, więc po chwili paniki poszło gładko.

W tym miejscu czerwony szlak na Kozi Wierch odbił w lewo i zaczęło się podejście do góry na Kozie Czuby. Po chwili osiągnęliśmy charakterystyczną skalną półkę, za którą zaczęło się chyba najfajniejsze miejsce na całym szlaku. Naszym oczom ukazała się pionowa skała ubezpieczona klamrami i łańcuchem. Świetny moment wspinaczki, w dodatku cieszący oko, bo wokół nas cała masa zapierających dech w piersiach panoram.

Po pokonaniu pionowej skały dalej kontynuowaliśmy wspinaczkę. Potem na luzaczku pokonaliśmy podejście po kamiennych stopniach, po czym przeszliśmy śliską skalną płytę i osiągnęliśmy wierzchołek Kozich Czubów. Widoczki w tym miejscu są nie do opisania, bezapelacyjnie warto było się doczłapać do tego miejsca 😀

Tyle się nawchodziliśmy i nawspinaliśmy, że wypadałoby w końcu zejść. I jak na Orlą przystało, zejście nie mogło być łagodnym pagórkiem usłanym różami. Przed nami cudownej urody, przepaścista rynna prowadząca do Wyżniej Koziej Przełęczy. Chyba nigdzie nie najadłam się tyle strachu. Drabinka przed Kozią Przełęczą to małe piwko, tutaj przez chwilę miałam ochotę usiąść i płakać. Na szczęście szybko pożegnałam ten pomysł i zwyczajnie zlazłam po drabinie na dół. Po zejściu okazało się, że szczęśliwie nie umarłam, a przeszkoda wcale nie była tak ciężka jak myślałam 😉 Wszystko siedzi w głowie.

Przed nami ostatnia prosta – wejście na Kozi Wierch ubezpieczonym, ale długaśnym kominkiem na szczyt. Przy samym wierzchołku niestety zabrakło i klamer i łańcucha, a że powitała nas sporych rozmiarów kałuża, postanowiliśmy użyć liny.

Potem czekał na nas krótki trawers po głazach, niegroźne podejście po kamieniach i znaleźliśmy się na szczycie. Niestety na Kozim musieliśmy się pożegnać z Orlą Percią. Mimo to dobre humory dopisywały, bo dla każdego ten najtrudniejszy szlak w polskich Tatrach wcześniej był tylko marzeniem. Tamtego dnia udało nam się je spełnić bez żadnych problemów (no, pomijając mordercze drabinki oczywiście :D)

Podsumowując, fragment od Zawratu po Kozi Wierch nie jest dla turystów, którzy dopiero co wjechali kolejką na Kasprowy i pragną przeżyć przygodę. Nie jest to również szlak dla spragnionych wyzwań laików, którzy nigdy wcześniej nie obcowali w eksponowanym terenie zabezpieczonym łańcuchami czy klamrami. Nie polecałabym Orlej także osobom panicznie bojących się przepaści, bo ten szlak wyróżnia się lufkami praktycznie na każdym kroku. Osobiście myślę, że do Orlej trzeba dorosnąć. Trzeba połazić wcześniej po górach, nabrać do nich pokory. Wycenić swoje siły na zamiary. Nie ma co pchać się na siłę w miejsce bez odpowiedniego przygotowania i doświadczenia. Na Orlej umarło przeszło 130 osób.

Oczywiście nie warto też demonizować. Jeśli czujemy się gotowi psychicznie i fizycznie, mieliśmy i lufkę pod nogami, i łańcuch w rękach i w dodatku sprawiało nam to frajdę, na Orlej będziemy jak ryby w wodzie. Ja wcześniej „treningowo” odwiedziłam Świnicę, Kościelca, zeszłam ze Szpiglasu do Piątki i na najtrudniejszym szlaku w polskich Tatrach czułam się znakomicie 🙂

No i chyba „to tyle”, znowu wyszła rozprawka, ale doceniam tych najwytrwalszych 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*