Blog Zuzanny Andruczyk

PRZEŁĘCZ ZAWRAT OD STRONY HALI GĄSIENICOWEJ

Pierwszy dzień mojej październikowej wyprawy w góry wyróżniał się całą masą przygód. Słońce nie zdążyło jeszcze wstać, a już byłam na szlaku wyspana, najedzona i szczęśliwa (pozornie). Wraz z towarzyszącymi mi tamtego dnia kompanami z programu Ale Lufa, wybraliśmy się do Murowańca w Hali Gąsienicowej, by potem na luzaczku ruszyć na Zawrat (ja), a oni na wspin ku Zadniemu Kościelcowi. Tempo od samego początku było zabójcze, a żeby było przyjemniej chłopaki wybrali swoją ukochaną drogę na Halę przez Dolinę Jaworzynki, która jest porządną wyrypą do góry.
Serio, myślałam, że zanim osiągnę chociaż Przełęcz między Kopami, to wcześniej wrócę do domu z płaczem. Nie mogłam jednak poddać się tak łatwo i motywacja szybko pokonała przeszywające mnie zmęczenie. Do tego ta cała masa niesamowitych górskich widoków dookoła skąpana w październikowym wschodzie słońca.. Jakże mogłabym narzekać? 😉Wzięłam się w garść i za chwilę z chłopakami witaliśmy się już z Halą Gąsienicową i jej głównym pierwiastkiem, schroniskiem w Murowańcu. Tam naładowaliśmy baterię pijąc ciepłą kawkę i uzupełniając niezbędne nam węglowodany. Miałam też przyjemność poznać w schronisku alpinistkę, która niedawno zdobyła Matterhorn, co niesamowicie mnie zmotywowało do dalszej wędrówki. Bardzo inspirują mnie ludzie z tak ogromną pasją i determinacją, która napędza ich do działań i do spełniania swoich marzeń.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej niebieskim szlakiem w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tutaj żadnych „szlakowych rewelacji”. Był to zwyczajny, łagodny spacer po kamyczkach, a pod koniec niegroźne podejście pod górę. Ów Staw zrobił na mnie niemałe wrażenie, gdyż odwiedziłam go dopiero po raz pierwszy w życiu. Najchętniej bym tam została i poleżała do góry brzuchem delektując się panoramą Kościelca i niezdobytej wówczas grani Orlej Perci, ale ambicje kazały ruszyć do góry i się nie ociągać.

Na skrzyżowaniu przy Czarnym Stawie ruszamy w prawo niebieskim szlakiem. Cały czas idziemy po kamieniach wokół jeziora. Droga nie sprawia nam żadnych trudności, znów jest to zwyczajny spacerek. Za chwilę jednak zaczynają się przysłowiowe schody, gdyż szlak gwałtownie zmienia swoj charakter i prowadzi nas zakosami do góry. Szybko pokonujemy zakręty i przed nami pierwsza rewelacja – niegroźna wspinaczka po skałach. W tym momencie od razu poprawił mi się humor i poczułam dlaczego warto było wstać przed świtem i czołgać się styrana pod górę 😀. Po krótkiej wspinaczce znów wędrujemy prostą ścieżką i naszym oczom ukazuje się największe szczęście, jakim jest drogowskaz. Owa tabliczka mówi nam, że do Zawratu została godzinka i 5 minut. Tutaj możemy ruszyć też żółtym szlakiem na Kozią Przełęcz, ale ten pomysł nas dzisiaj nie interesuje, więc lecimy dalej ku Zawratowi.

W tym miejscu pożegnałam się z Ale Lufawymi kompanami, którzy polecieli się wspinać, a ja sama zaczęłam grzać pod górę.
Najpierw powitało mnie podejście po głazach, a za sekundę szlak znów złagodniał (co to za wariacje). Z prawej strony przywitał mnie Zmarzły Staw, którego mogłabym zdobyć tylko podążając szlakiem na Kozią Przełęcz. Dalej szlak prowadzi Zawratowym Żlebem, skąd doskonale widzimy nasz cel. Znów wariacje – najpierw kamienie, a potem płasko po piachu. Mogłoby tak być do końca, ale niestety złudne to marzenia. Przed nami najtrudniejsza i najfajniejsza część szlaku! 😀

No i robi się stromizna. Z początku wcale nie tak strasznie, zwykłe podejście po kamieniach do góry, za którym wita nas charakterystyczna wąska rynna. Tutaj szlak skręca w prawo i naszym oczom ukazują się upragnione łańcuchy. Ja miałam to szczęście, że w tym miejscu drastycznie popsuła mi się pogoda. Zaczęło fatalnie wiać, a ludzie schodzący z góry meldowali, że na przełęczy jedno wielkie mleczko i wichura (tego dnia wiał halny). Jednak nie było tak tragicznie, by się wycofać, więc ostrożnie kroczyłam do góry.

Im dalej szłam, tym więcej niespodzianek. Albo na szlaku zalegał śnieg, albo lód. W pewnym momencie przywitał mnie mały, ale robiący spore wrażenie, lodospad. Nieco zszokowana ruszyłam dalej i za moment znalazłam się pod pionową, skalną ścianą. Tutaj łapiemy za łańcuch (a wcześniej nakładamy rękawice, jeśli warunki nam nie sprzyjają!) i pokonujemy szybciutko fajniutki trawers, po czym wspinamy się po skałkach również używając łańcucha.

Przed nami poręcz ułożona z trzech klamer. Pełni emocji pokonujemy wąską półkę skalną pomagając sobie wyżej wspomnianą poręczą, po czym dalej wspinamy się przy użyciu łańcuchów i rąk. Po pokonaniu tych przeszkód chwilowo jesteśmy bezpieczni i wędrujemy sobie po wygodnym chodniku.

To była tylko namiastka tego, przed nami cała GÓRA trudności. Po króciutkim spacerku na przeciw wychodzi nam skalna półka, którą osiągamy dzięki klamrze. Po półeczce, wspinamy się trzymając się łańcucha i ściany. Wrażeń co nie miara, a za chwilę robi się ciaśniutko, więc łańcuch staje się teraz naszym najbliższym przyjacielem. Przez moment trawersujemy, lecz szlak znów mocno pnie się do góry. Teraz mocno skręcamy w prawo i odnajdujemy klamrę, za którą cały czas trzymając się łańcucha pokonujemy skalne płytki. Podczas mojej wyprawy, była niezła ślizgawica, więc ów moment mocno podniósł mi ciśnienie. Jednak najgorsze (i najlepsze) dopiero na mnie czekało.

Przed nami cudnej urody urwisko! Na przeciw wychodzi nam kominek otoczony łańcuchami i ukośnymi skałami. Tutaj droga prowadzi nas nad przepaścią, więc apeluję o rozważne stawianie kroków. Pamiętam, że to miejsce było ogromnym zastrzykiem adrenaliny i właśnie za to najbardziej kocham góry 😀

No i najbardziej wyczekiwana, ostatnia prosta. Jest nią niemalże pionowa ściana, która początkowo przeraża wędrowca swoją urodą. Jednak mamy do pomocy naszych metalowych przyjaciół, których cały czas się trzymamy wspinając się ku górze. Nie jest ciężko, ale i nie jest łatwo. Ja tutaj spanikowałam, gdyż za swoimi plecami miałam cudowną czarną otchłań, a nie chciałam nigdzie dzisiaj lecieć, więc nie było czasu na strach. Po przemyśleniu taktyki (gdzie i jak powinnam postawić nogę), szybko wcieliłam ją w życie i było po krzyku. No i koniec, przełęcz jest niemalże nasza. Łańcuchy znikają, naszym oczom ukazuje się Matka Boska wykuta w skale Zawratowej Turni i przed nami przyjemny spacer na przełęcz.

Przełęcz Zawrat obfituje w zapierające dech w piersiach panoramy, jednak mi nie było dane ich oglądać. Na szczycie przywitało mnie okropne, mroźne wiatrzysko i mgła. Na szczęście pogoda (jak to w górach), szybko się poprawiła i mogłam zacząć zdobywanie Koziego Wierchu.

Na przełęczy, w odpowiednich warunkach, doskonale widoczny jest Gerlach, Mały Kozi Wierch czy Mięguszowieckie Szczyty.

Reasumując, wędrówka na Przełęcz Zawrat to była jedna z fajniejszych i bardziej emocjonujących wypraw w moim życiu. Jest to idealna rozgrzewka przed Orlą Percią. Szlak obfituje w masę trudności, więc nie polecam go początkującym tatromaniakom. Jeśli jednak lubimy się wspinać i nie boimy się przepaści, a zabezpieczenia takie jak łańcuchy czy klamry nie stanowią nam problemu, to można śmiało się na ten szlak wybrać. Warto pamiętać o rękawicach i odpowiednich butach w razie ślizgawicy.

12241327_1512607045700353_8967695421761463369_n

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*