Blog Zuzanny Andruczyk

SZPIGLASOWY WIERCH OD MORSKIEGO OKA – 1. dzień sierpniowej wyprawy

Opisując pierwszy dzień mojej wyprawy, warto zaznaczyć, że zależała ona od tego czy zdam pewien egzamin czy nie. 😉
Na szczęście udało się zdać bez większych problemów, więc kilka godzin po nim byłam już w samochodzie do Wwa. Wszystko zaplanowałam sama na kompletnym spontanie – miał to być typowo „harcerski wyjazd”. Tanie noclegi, jedzenie, transport. W plecaku pasztety, nutella, makaron, kilka zupek chińskich. W sumie, żeby przeżyć 😀 Resztę miałam dokupić na miejscu. Jechałam w góry sama, więc miałam to szczęście (i nieszczęście też), że cała odpowiedzialność spadała tylko na mnie. Jednak fakt, że mam już całkiem pokaźny bagaż doświadczeń jeżeli chodzi o odnalezienie się w nowym terenie i wśród ludzi (masa zawodów kolarskich i trzy lata w harcerstwie) sprawiał, że nie mogłam się doczekać, aż poznam kogoś nowego i spełnię kolejne marzenia. Szczęśliwie, miałam już w samym Zakopcu kompanów do wędrówek po górach, ale sama mogłam zdecydować czy chcę z nimi chodzić czy nie. Bycie samej zawsze dawało mi duże poczucie wolności i adrenaliny. Wszystko jednak ma swoje granice i taka decyzja wiąże się z wyżej wspomnianą odpowiedzialnością i głową na karku.

Kontynuując moją wypowiedź, pierwszy dzień wyprawy (24.08) charakteryzował się samą podróżą. Najpierw samochodem z BlaBlaCaru, w którym na samym wstępie poznałam dwójkę niesamowitych, nowych ludzi. Dało mi to dużego kopa, żeby nie zrezygnować z przygody i z jeszcze większą motywację, by jechać dalej 😀 Potem krótka przerwa na jedzenie i o 24 miałam autobus docelowy do Zakopanego. Jechałam całą noc nie mogąc się doczekać, jak już wyjdę i pójdę wreszcie na szlak w Tatrach Wysokich. Droga pod koniec przestała być tak żmudna, gdyż udało mi się poznać Rafała, który także przyjechał na krótko sięgnąć po kilka szczytów. Mimo, że mogłam iść sobie ze znajomymi na jakiś krótki spacerek np na Sarnią Skałę, wolałam raczej coś bardziej „ambitnego”, dłuższego i wyższego przede wszystkim 😀. Rafał zaproponował mi wycieczkę na Szpiglasowy Wierch od strony Morskiego Oka. Potem mieliśmy zejść łańcuchami do Doliny Pięciu Stawów, a ja jeszcze stamtąd miałam przejść Doliną Roztoki do Palenicy Białczańskiej. Nie wiedziałam, czy się zgodzić, bo większą frajdę jednak zawsze dawało mi działanie na własną rękę i osiąganie wszystkiego samej, ale ze względu na to, że nowo poznany kompan jest w trakcie kursu na przewodnika TPN-u i zabłysnął doświadczeniem oraz wiedzą o górach już przy pierwszej rozmowie, postanowiłam się zgodzić.

Najpierw musiałam znaleźć swój nocleg w Zako, a że było dość wcześnie (7 rano), nie stanowiło to żadnego problemu. Turyści w górach wychodzą na szlak od samego świtu, więc autobusy jeżdżą od wczesnej pory. Wystarczy stanąć na przystanku, a za chwilę na pewno podjedzie bus bądź taksówka i zawiezie nas tam, gdzie chcemy. Ja miałam tyle szczęścia, że czasem wystarczyło mi samo „podejście” na przystanek, a jakiś kierowca mnie zaczepiał i pytał czy jadę do Kuźnic/Palenicy.

Szybko znalazłam swoją, jak się okazało, klitkę. Przez trzy dni i noce mieszkałam w jednoosobowym pokoju, gdzie było łóżko, półka, mały telewizor i wieszaki. Obok miałam łazienkę i czajnik. Żyć nie umierać, ale nie przyjechałam mieszkać w pałacu 😀 Swoje luksusy miałam w górach. Szybko się ogarnęłam, spakowałam do plecaka ubrania na każdą pogodę i ruszyłam ku Palenicy. Tak jak wyżej wspomniałam, kierowca sam chciał mnie tam zawieźć i nawet nie musiałam się niecierpliwić stojąc bezczynnie na przystanku 😀 O 9 byłam już na szlaku. Umówiłam się z Rafałem przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Nie znoszę chodzić po asfalcie, więc wizja 10 km po szosie z plecakiem nieco mnie zniechęciła. Do tego pogoda była nieciekawa, zanosiło się na porządną ulewę. Przy okazji byłam potwornie zmęczona, gdyż spałam w nocy plus minus dwie godziny. Te wszystkie aspekty przyprawiały o ból brzucha, ale dzięki mojemu wygadanemu kompanowi szybko dotarliśmy nad Morskie Oko. Czego się nie robi dla gór!😀 Tam krótka przerwa na jedzonko, zdjęcia i na „zmianę designu” na cieplejsze kurki deszczowe i czapki, gdyż zaczęło mocno padać i wiać. Postanowiliśmy przeczekać to załamanie pogody i po chwili ruszyliśmy na szlak na Szpiglasową Przełęcz, skręcając w prawo tuż przed schroniskiem. Mimo, że nie świeciło słonko i droga była bardzo śliska, czułam się jak ryba w wodzie. Co jakiś czas spotykaliśmy zniechęconych turystów wracających do Morskiego Oka skarżąc się, że na przełęczy wieje i pada. To tylko nas zmotywowało, żeby szybciej tam dotrzeć i zejść do Piątki. Szliśmy wolno, co rusz podziwiając piękną panoramę Tatr Wysokich. Tutaj muszę zaznaczyć, że szlak na Szpiglasową Przełęcz nie wyróżnia się żadnymi większymi trudnościami. Nie trzeba być specjalnie wygimnastykowanym, mieć niesamowitą kondycję i zdolności wspinaczkowe. Jest to zdecydowanie szlak, który może pokonać każdy. Jak to mówią – wystarczą chęci, zdeterminowanie, głowa na karku i dobre buty (!). Szlak wyróżnia się przy tym wszystkim cudownymi widokami na Morskie Oko, Czarny Staw pod Rysami, Mnich i na Mięguszowieckie Szczyty. Tę tezę potwierdzą zdjęcia dodane niżej 🙂

Idąc owym szlakiem, cały czas wędrowaliśmy do góry po kamieniach, często skręcając i uważając na śliską nawierzchnię. Po drodze spotykaliśmy turystów mniej i bardziej doświadczonych, z każdym przeprowadzając dłuższą bądź krótszą pogawędkę. Ku mojemu zdziwieniu, minęliśmy i rodziców z dziećmi, i taterników z ogromnym ekwipunkiem, i babcię z dziadkiem 😀 To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że góry są dla każdego, kto tylko chce i „może chcieć” 😉

Droga pod górę nie dłużyła się wcale i szybko doszliśmy do Doliny za Mnichem, gdzie znajduje się drogowskaz na Wrota Chałubińskiego. Tam mogliśmy zboczyć ze szlaku i zmienić cel wędrówki, ale nastawiliśmy się na przełęcz i hardo zmierzaliśmy ku szczytowi. Tak jak wcześniej pisałam, droga była banalna do przejścia pod względem technicznym. Jedyną trudnością była jej krętość, która nieco nas zmęczyła.

Ze względu na koszmarną pogodę tamtego dnia, widoki nie zachwycały tak jak to jest przy bezchmurnym niebie. Jedynym plusem było to, że na szczycie znajdowała się tylko garstka ludzi i nie musieliśmy się przepychać 😉

Od samej Szpiglasowej Przełęczy na Szpiglasowy Wierch rozciąga się łatwy szlak, którego pokonanie zajmuje max 15 minut. Jedynym kłopotem może być tłum i kolejki w sezonie letnim. Ten problem na szczęście nas ominął, mimo, że ze szczytu podziwialiśmy raczej „mleczną mgłę”, niż przepiękną panoramę Tatr Wysokich. Warto zaznaczyć, że ze Szpiglasowej Przełęczy rozciąga się cudowny widok na szlak Orlej Perci.

Na szczycie pobyliśmy chwilę, porobiliśmy zdjęcia, wypiliśmy herbatkę i żwawo ruszyliśmy łańcuchami ku Dolinie Pięciu Stawów. O tej wędrówce opowiem w kolejnym poście, gdzie podsumuję cały dzień 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*